Żegiestów

Witold Kaliński

Rożki z różą

opowiadanie, autor: Witold Kaliński


Ławeczka na deptaku - Witold Kaliński

Ławeczka na deptaku – pierwszy gość Witold Kaliński po kądzieli krewny założycieli Uzdrowiska Żegiestów, rodziny Medweckich, stały bywalec kawiarni Irena w Żegiestowie-Zdroju.

Witold Kaliński o sobie

Urodzony wśród dziesiątka zbiegów okoliczności, znalazłem się w grudniu 1944 roku w Wierchomli, na zachodnich brzegach niegdysiejszego „państwa muszyńskiego”, na południowych rubieżach rozpadającej się wraz z Trzecią Rzeszą Generalnej Guberni. Nie do wiary, ale nie byłem świadom żadnego z tych ograniczeń.

Wierchomlę zobaczyłem ponownie — kiedy? czy nie w wakacje 1958 roku? Właśnie wybierałem się do liceum. Mój kuzyn, Michał Urbanowski, to z nim przebiegałem wtedy polany górskie: on szukał grzybów, ja — zmęczenia, które mnie łatwo dopadało. Penetrowaliśmy i doliny, tym razem w poszukiwaniu dziewcząt miejscowych czy przyjezdnych, w których my — niezdarni uczniowie czarnoksiężnika — moglibyśmy ulokować nabrzmiewające uczucia. Gdybym w tamtym okresie jeździł na wakacje do Narola…

Człowiek nasiąka historią okolicy, a jeszcze pewniej historią rodzinną, raz przypominającą film grozy, kiedy indziej opowieść myśliwską, ludową czy szlachecką gawędę. Z zawieruchy wojennej, której pierwsze rozdziały Matka — początkowo jeszcze Medwecka, a wkrótce po wejściu Rosjan już Kalińska — przeżywała we Lwowie, nie ocalało nic prawie. Ale wśród tego „prawie” były dwa pięknie wydane tomy Słowackiego w opracowaniu Tadeusza Piniego. Na poematach „Żmija”, „Mnich”, „Jan Bielecki” niemalże uczyłem się czytać. Potem przyszedł Ujejski: „Ułas”, „Urodzony Jan Dęboróg”. Gdy dzisiaj słyszę utyskiwania uczniów: „och, to napisane wierszem!” — myślę, że w powojennej mizerii zostałem jednak sowicie obdarzony.

Wychowany na literaturze romantyków — czy dlatego bardziej interesowałem się jaśniejącymi po polanach górskich fundamentami wypalonych lub rozebranych siedzib Łemków niż chałupami wzdłuż wiejskiej drogi i potoku, gdzie nowi ludzie osiągali szczyty płodności w tempie możliwym tylko po wojnie, a przed nastaniem sytej ery telewizji?

Uczeń ogólniaka, bywałem w Wierchomli tylko latem. Pamiętam upalne sierpnie, letnie burze, powodzie. Ba
— pamiętam czysty Poprad.

W każdym razie wtedy rozpoczęła się moja przygoda z górami w tle.


Kalinowa Chata - Witold Kaliński


Do Wierchomli przyjeżdżaliśmy wspólnie od 1964 r. W roku 1996 zaczęliśmy budować tu pierwszy z dwu domków, nawiązujący stylem do lokalnego budownictwa wiejskiego (arch. Piotr Matuszewski). Potem, gdy już postanowiliśmy przenieść się tu z Warszawy na stałe, postawiliśmy obok drugi dom („dolny”) i w nim mieszkamy. Na ogrodzonym terenie biegają nasze psy: Lola, Rufus i Frida. Jednak Wasz pies, jeśli go przywieziecie, będzie miał własną, odgrodzoną część terenu. Górny dom nazwaliśmy „Kalinową Chatą” i postanowiliśmy go wynajmować osobom, które zechcą zainteresować się naszą okolicą: jej kulturą, wypoczynkiem i możliwością uprawiania sportów zimowych (stacja narciarska we wsi) oraz letnich. Polecamy zwłaszcza spacery i możliwość picia znakomitej wody mineralnej z dzikich źródełek w Wierchomli oraz korzystanie z nieodległych pijalni wody mineralnej w: Krynicy, Muszynie, Piwnicznej. Są tu najlepsze, naszym zdaniem, wody w Europie. W „Kalinowej Chacie” możemy przyjąć rodzinę 4-5 -osobową. Nasz e-mail: witek.kalinski@gmail.com.

Minął rok od śmierci męża. Maryjka zdawała się nadal zadziwiona tym, że owa gwałtowna zmiana nie rodzi lawiny zdarzeń, pod którymi ległaby, pogrzebana i usprawiedliwiona. Ostatnio jednak zaczęła dostrzegać pośród swych codziennych zachowań – elementy rozkładu. A to siedząc w fotelu (jedynym „bogatym” meblu w jej skromnej sypialni) pozwalała wysłużonym sprężynom przybrać kształt obfitszego niż niegdyś ciała, to znów przelotna senność dopadała ją wieczorem zbyt wczesnym, by miał się stać jaskinią nocy.
Gdy się mieszka samotnie, gesty tracą swoją konsystencję. Nie ma do kogo zwrócić się profilem, nie ma komu ofiarować swego cienia na ścianie.
Oczywiście, Maryjka czasem widziała siebie, leżącą obok mężczyzny, w jednej z nim trumnie. Widziała – czy raczej czuła zdrętwienie członków, arystokratyczny spokój ekskluzywnej przestrzeni. W ceglanym pudełku grobu – drewniana szkatułka. Rozłożona w czasie zmiana rysów twarzy. Jego twarzy.
Ale kogo?
Możliwe, że nie była dobrą poganką: na cmentarz poszła zaledwie dwa razy, najpierw posprzątać badziewie pogrzebowe, potem – by rzucić obojętnym okiem na wysiłki kamieniarzy. Dość. Tam już nikogo nie ma. Więc nie stawiała na kamieniu ani świec, ani kwiatów, ani nawet schabowego z kapustą.
Nielepsza z niej chrześcijanka. Gdzie modlitwy za zmarłych? Gdzie msze kadzidlane i datki spokój przynoszące? Ech, pogubiła się Maryjka w dogmatach i obrządkach!
Tymczasem dzisiaj czekała właśnie na rzadkiego ptaka (rara avis – podsuwała pamięć): przyjaciółkę z lat szkolnych, z czasu zaprzeszłego, gdy dni były długie i różnobarwne, grało się w siatkówkę, chadzało nad rzekę, machało rękami i nogami jak w zwariowanej komedii.
Przyjaciółka, trzeba dodać, młodsza, bo dopiero zaczynająca szkolną ścieżkę, gdy Maryjka już z niej schodziła, po latach okazała się doktorem teologii, co więcej – zakonnicą. Maryjka była ciekawa spotkania. Kiedyś, dawno, starszy brat przyjaciółki przyciągał myśli Maryjki. Tak zaczęła się znajomość starszej wtedy dziewczynki – z młodszą, ale nad wiek rozumną siostrą Romka. A właśnie, miał na imię Romek.
Radio grało cicho w sypialni, do kuchni dochodziła jedynie zwiewna nuta. Przeciwnie niż telewizja, radio jest przyjacielem samotnych, pomyślała. Przy radiu dobrze sączy się maleńki kieliszek likieru – przy telewizji trzeba by wlewać w siebie piwo, rzucać do kosza pustymi puszkami, nie trafiać. Telewizja jest pełna krzyku, energiczna. Tylko czasem zdarzy się film Rohmera lub – z naszych – Lesiewicza, Kondratiuka…
Maryjka zajęta była kształtowaniem mikroskopijnych rożków, nadziewanych konfiturą z róży. Jeden taki rożek cały mieści się na łyżeczce do herbaty. Kruchy jak… jak… ot, kruchy, i tyle.
Jak ludzkie przewidywania. Nie od parady była Maryjka czytelniczką literatury. To Bolesław Prus i jego specjalność: zawiedzione nadzieje. Nieduży, Starszy Pan w Okularach. W Warszawie stoi pomiędzy świetnym hotelem „Bristol” a Uniwersytetem. Tam właśnie, bardzo dawno, Maryjka studiowała, tam – z rzadka – chodziła do kawiarni „Bristolu”, gdzie brały z koleżankami cztery herbaty i jedno ciastko. Że zaś do herbaty dostawały cztery łyżeczki, mogły się ciastkiem podzielić. Bywalcy sąsiednich stolików patrzyli na ich oszczędności ze zrozumieniem, kelner też wiedział, że nie od tych sikorek dostanie napiwek. Chyba – uśmiech.
Ale jej rożki jeszcze lepsze niż „bristolowe” ciastko, tyle że wnętrze kuchni do hotelowego salonu się nie umywa. I świergot dziewczęcych marzeń już nie splata się nad stołem, oświetlanym skromną lampą z trzema abażurkami.
Duchówka ciepła, będzie można włożyć na chwilę gotowe przecinki rożków – nie na długo, bo zaraz by się spaliły. Czy jest gdzieś cukier-puder?
Ktoś stukał do drzwi? Te drzwi wejściowe są tak duże, prawie jak brama. Ciężkie drewno, grubo sprzed wojny, pukania nie słychać. Należałoby umieścić kołatkę albo rączkę z drutem, poruszającym dzwonek wewnątrz. Jedno jest pewne: dzwonek elektryczny wyglądałby tu okropnie. Więc go i nie ma. Jedyne drzwi na całej uliczce bez dzwonka, i dobrze. Otwarte do zmroku, jeśli ktoś jest w domu. Gdy zamknięte, a w kuchni pali się światło, zawsze można zastukać do szyby okiennej.
I teraz właśnie to stukanie. Do szyby. A za nią chyba Gość. Maryjka macha ręką, że dosłyszała, i wybiega do sieni. Uchyla drzwi, wpuszcza Rozalkę, czyli Siostrę Barbarę. Swoją, a Obcą.
Powitanie, zdejmowanie okryć, zapraszanie, sadzanie…
Ach, mycie rąk, wskazanie ręcznika, półki na osobiste drobiazgi (czy ona używa kremu przeciw zmarszczkom? jakiego?)
Głaskanie po dłoniach, picie pierwszej herbaty, uśmiechanie się…
Prowadzenie do pokoju gościnnego (po mężu), otwieranie torby, wyjęcie bluzki (trzeba odprasować, tu jest żelazko…), dokopanie się do pantofli, zdejmowanie butów.
Herbata już chłodna.
– Nie szkodzi, lubię taką, jeśli z cytryną. Upiekłaś ciasto?
– Takie tam… najpierw obiad. – Maryjka rozkłada talerze, sztućce, dolewa jednak gorącej herbaty do tej niedopitej. Rozalia-rozalka-różyczka nie protestuje. – Dwa ziemniaki?
– Dwa, jeśli nieduże. I skrzydełko, proszę. O, mizeria! Lubię.
– Mizeria.
– Sama nazwa odpowiednia dla skromnego życia zakonnic.
– Teraz i mojego. Ale wy tam chyba nie wszystkie takie skromne.
– Ubóstwo nie każdy rozumie tak samo. To jest problem. Zresztą nie jedyny.
– Nie wszystko zmieści się w Regule?
– Oj, nie. Ale mów, co u ciebie.
– Wiesz, teraz myślę, że obie żyjemy podobnie. Proste zasady: praca plus dbanie o ciało plus spokój jak modlitwa. No, ty masz dużo więcej modlitwy. Kosztem czego?
– Chciałabym powiedzieć, że kosztem próżności świata. Ale nie jestem pewna. Więc może mniej pracuję?
– Gdyby się jednak zgodzić, że dobrze wykonana, pożyteczna praca jest też formą modlitwy…
– …jeśli zawiera cząstkę pokory, nie zaś wywyższania się…
– … różniłoby nas mniej niż się wydaje. – Maryjka roześmiała się lekko, zadowolona ze swej konstatacji.
– Chyba zjem całą mizerię.
– Tylko tę z talerza.
– Co?
– Nie całą mizerię świata, prawda?
– O, to właśnie byłaby diabelska pycha. – Siostra Barbara zsunęła resztę ogórka na swój talerz. Było widać, że czuje się dobrze w nieznanym sobie miejscu. Zaróżowiła się.
Jest ładna, pomyślała Maryjka. Chyba czas im płynie wolniej.
– A w klasztorze… powiedz, wszystkie katoliczki? – dosyć niejasno zapytała.
Siostra Barbara spojrzała na nią uważniej.
– O co pytasz?
– Nie jestem pewna, czy wiem. Na pewno powody pójścia do zakonu są różne.
– Na pewno. I pozostawania chyba też. – rozmawiały niespiesznie, jedząc.
– Lęk przed światem?
– Naturalnie, i to bywa.
– Wygoda życia uporządkowanego?
– Zgoda, ale i nuda, pamiętaj.
– Rozczarowania miłosne?
– Nieraz. Jedne mają to w małżeństwie, inne w dramatach dojrzewania, jeszcze inne… ale to się do ciebie nie odnosi? – Siostra Barbara spojrzała na gospodynię.
– Nie, żaden z tych powodów. Nie mówimy przecież o nas?
– Właśnie życie zakonne jest próbą niemówienia o sobie. Ale chyba nie tylko ono.
– Więc jednak… dobrze, a potem? te pierwsze powody bledną? Życie staje się rutyną? Modlitwą w różnej postaci?
– Ależ weszłyśmy na temat… słuchaj, klasztor jest też małym światkiem, mamy swoje wstydliwe sprawy, swoje grzechy, swoje, cóż, upadki.
– Chroni was Organizacja. – Maryjka nie była pewna, czy „wielkie O” dało się usłyszeć.
– Tak. Ubiór, reguła posłuszeństwa, wiadomy od dawna cel.
Czy usłyszała gorycz w głosie Rozalki? Nie była pewna. Może jestem zbyt dociekliwa, pomyślała.
– Jeśli skończyłaś, to teraz deser.
– Dobrze, ale nieduży.
– Zdziwisz się, jaki mały. – Podała na stół rożki z różą, posypane cukrowym pudrem. Rozalka zaraz chwyciła najbliższy.
– Pyszne.
Maryjka już podawała herbatę. Jednak była ciekawa życia zakonnego.
– Ty czasem kucharzysz, tam u was?
– Nie, jest podział ról. Na początku pomagałam w różnych miejscach, ale to się szybko układa. Potem już każda ma swoją domenę.
– Jak w Internecie.
– Jak w zakonie. Ktoś zarządza, kto inny wykonuje.
– Jedni się uczą, inni są uczeni. Ci prowadzą, tamtych trzeba prowadzić.
Siostra Barbara potaknęła, sięgając po kolejny malutki rożek. Strzepnęła nadmiar pudru i wyjaśniła:
– Żeby nie było za słodko.
– To wasza dewiza?
– Niejedyna.
– A pamiętasz ten napis nad ołtarzem w naszej kaplicy?
– Ad maiorem natus sum.
– Właśnie. A Ela Szurkówna przeczytała: Dla majora jestem stworzona.
– Zaraz ją katecheta wyrzucił z kaplicy. Nie miał poczucia humoru, biedak.
– Ela…, co się z nią dzieje?
– Na pierwszym roku studiów wyszła za kolegę-prawnika, potem dzieci…
– Zawsze miała sto projektów. Nie nadawałaby się do klasztoru.
– Może i nie, ale zdziwiłabyś się, jak różne są historie zakonnic.
– Są i takie… stworzone dla majora?
– Są różne. Zaraz, a w twojej szkole, jak jest? Same „urodzone nauczycielki”?
Maryjka zrozumiała, że Rozalia zmienia temat. Zgoda. Ale jak odpowiedzieć? Czym jest szkoła w niedużym miasteczku? Kim jest nauczycielka?
– Ty, tam u was, uczyłaś kiedyś?
– Ja akurat nie. Zajmowałam się raczej badaniami, już po studiach.
– To potem opowiesz. No więc uczenie… ja pracuję w szkolnej bibliotece, więc mogę mówić tylko z obserwacji. To jest rzemiosło. Dostajesz materiał do obróbki, jakieś narzędzia.
– Nie brzmi to bardzo dobrze.
– Rzecz w tym, że dziś mało kto ma czas na wysłuchanie ucznia. Na prawdziwą rozmowę z rodzicami. Zresztą rzemiosło jest szlachetnym zajęciem, o krok od sztuki, prawda?
– Kiedyś tak było, i w sztuce kościelnej po części… czy ja wiem…? zostało? Ale ci uczniowie: pomagacie im przygotować się do życia?
– Wiesz, zastanawiam się, czy nam pomagali nauczyciele. Ja miałam kłopoty w liceum, ty dawałaś sobie radę lepiej. No, zostawmy to. Powiedz, po co przyjechałaś. Jeśli nie tajemnica.
Siostra Barbara dopiła resztkę herbaty. Na gest Maryjki sugerujący, że można dolać, odpowiedziała przecząco. Popatrzyła w okno.
– Muszę odwiedzić rodzinę. Może mnie wyślą daleko stąd.
– Jak to?
– Zakon.
– Daleko? Do Rzymu?
Uśmiechnęła się melancholijnie.
– Dużo dalej. Mówi się o Ameryce Południowej.
– Boże!
– No właśnie. A tu już czterdziestka dawno minęła. Więc milej byłoby w znanym gnieździe. Ale nie ma odwrotu.
– Ostateczność ślubów? Posłuszeństwo?
– Tak to jest. Zabierz ode mnie te rożki. – Jakiś dziewczęcy uśmiech, coś z zapomnianego gestu odmłodziły na chwilę gościa. Znów była Rozalką.
Maryjka posłusznie sprzątnęła ze stołu. Myjąc szklanki, powiedziała:
– Teraz spacer czy relaks?
– Odpocznę. O której msza wieczorna?
Niewinne pytanie spowodowało zamieszanie w gestach Maryjki. Omal nie stłukła szklanki, łyżeczki zabrzęczały: dzwonek w rękach niezdarnego ministranta.
– Nie wiem. – Maryjka czuła na plecach wzrok Siostry Barbary. Odstawiła szklankę i odwróciła się.
– Już nie chodzisz? – W pytaniu nie było słychać zarzutu. Raczej: siostrzaną ciekawość.
– Zadzwonię do koleżanki, zapytam.
Oczy Siostry Barbary towarzyszyły Maryjce podczas telefonowania ze starego aparatu, gdzie tarczę kręci się jednym palcem, a mechaniczny dźwięk oznajmia czynność. Nie do każdego można się tak dodzwonić. Najprędzej do wspomnień młodości. Ale rysy twarzy Maryjki były wyraziste, nieco zbyt ostre, a skóra na szyi nosiła zapowiedź następnych dekad. Usta pełne, dłonie, obie teraz zajęte telefonem, bez plam. Jeszcze mogła się podobać.
Maryjka odłożyła słuchawkę. Koleżanka była odrobinę zaskoczona pytaniem, ale podała godzinę mszy. Maryjka już zapomniała, że bywają wieczorne, i że są codziennie. Czego jeszcze nie pamięta? Na to pytanie jednak na ogół nie ma odpowiedzi. Maryjka nie posuwała się do opinii, że „zapomniane – niebyłe”, ale też dotychczas nie suszyła sobie głowy lukami w pamięci.
– Zdążysz i odpocząć, i pójść do kościoła. Zresztą odprowadzę cię. – I dodała impulsywnie: – Masz racje, przestałam chodzić.
– Dawno?
– W chorobie Jacka. Po prostu to było na nic. A wykonywać gesty bez przekonania, to nie dla mnie.
– Wcześniej chodziliście oboje? Bo przecież ślub był kościelny.
– No tak, ale potem, sama, nie mogłam. Nie chciałam – poprawiła się.
Siostra Barbara nic nie odrzekła. Wstała, podeszła i przycisnęła dawną koleżankę do siebie. Potem cicho wyszła z kuchni.Maryjce dłużył się czas oczekiwania na powrót Rozalki z kościoła. Zapadł wieczór i jesień upuszczała liście na oświetlony z wnętrza kuchni parapet. Lekki wiatr zmiatał je gdzieś dalej. Za dzień-dwa trzeba będzie opadłe sprzątnąć zanim przygniją na deszczach.
Nie było co robić, a jakoś nie chciało się brać do ręki gazety czy nawet książki. Maryjka zorientowała się, że teraz jej czekanie staje się szczególnym „stanem skupienia”. Może to jedyna dostępna modlitwa? Ta czujność na szmer sekund? Zdumiewało ją, jak odmienia się tło egzystencji w kolejnych fazach życia. Właśnie weszła w kolejną: aktywności spowalniającej, choć jeszcze nie sennej. To prawda, że wdowieństwo, dość spokojny zawód bibliotekarki, unormowana egzystencja – sprzyjały rytmowi wczesnej jesieni życia.
A jednak było i to drugie, pomruk buntu w trzewiach. Wyrażało się wyczerpującym nieraz spacerem, podjętą nieoczekiwanie wyprawą do Krakowa, w jego podmalowaną urodę miasta usilnie stylowego. Zakupem butelki wina droższego niż pozwala kieszeń, a nawet – o horrendum! – kompletem bielizny zdecydowanie „romantycznej”. I co dalej?
Życie Rozalki-Barbary było dla Maryjki wielką niewiadomą. Właśnie: jaką to bieliznę noszą zakonnice, jak wycięte majtki? czy rozpinany z przodu biustonosz? Być może uda się dziś coś podejrzeć, coś usłyszeć? Nie dla plotki, lecz dlatego, że opakowanie ciała czasem odsłania wdzięk samego ciała. Ono zaś ma zawierać… duszę?
Na samą duszę Maryjka się godziła, niech tam… ale na jej nieśmiertelność? ciał zmartwychwstanie? cały ten śpiewający anturaż anielski? Nie, chyba nie.
Trudno o tym rozmawiać nie tylko z zakonnicą, ale też z ludźmi naokół. Na prowincji w konflikcie wolność – bezpieczeństwo wybiera się to ostatnie, znacznie wygodniejsze. Buty cisną, ale izolują od ścierniska. Wolną stopę zaraz poranisz. Zakon to właśnie buty. Odcisków nie widać. Zakon: prawo.
Maryjka zsunęła pantofle, zdjęła rajstopy. Zrazu było przyjemnie, uwolnione palce poruszały się wesoło. Lekki chłód rzeźbił zgrabną jeszcze stopę, niezniekształconą po kartofliskach, po miedzach. Małżeństwo. Praca. Legitymacje i numery. „Kto jest poza prawem, niech pierwszy rzuci butem.”
Prawo prowincji. Lęki poranne i wieczorne. Przeciw nim: dziecięca modlitwa. „Kiedy ranne wstają zorze…” I potem pół dnia obawy o humor dyrektorki, o zdrowie dziecka, pracę (i znów humory) męża. „Wszystkie nasze dzienne sprawy” mają właśnie takie oblicze. Humorzaste.
Maryjka łączy teorię z praktyką. Spaceruje boso po kuchni, wychodzi do sieni po drewno do pieca. Uważa, gdzie stąpa, więc przygoda gołych stóp rozwija się pomyślnie. Czy powinna teraz zrzucić ubranie, bieliznę? Zacząć biegać nago po swoim domu? „Mój dom – moja twierdza.” Ale okno nie całkiem przysłonięte. Zasłonić – to niewola. „Co ludzie powiedzą”. W wolności nie chodzi o to, co zaokienne.
Nie, inaczej. Właśnie nasza swoboda pozwala zwrócić się ku ludziom. Bo co im przyjdzie z naszej nogi w bucie? najwyżej kopniak. A bosą stopą można i pogłaskać… Nagość to brak oszukiwania, zaprzeczenie (jak się dziś mówi?) castingu. Oto ja, naga.
Ale znów z drugiej strony czy każdy jest ciekaw nieco obwisłego brzucha, za grubych (chyba?) ud, woni ciała nawet rankiem mytego, ale jednak przy pracy? Naga – w bibliotece?
A Siostra Barbara – poci się przy modlitwie? A w lustrze (ma chyba lustro?) ogląda terytorium zwycięskiej bitwy? zmarnowanych okazji?
Czy zawsze czas wygrywa z nami? Mówi się, że miłość wszystko zwycięża. Miłość – awers czasu. Tu następuje obnażenie bardziej gruntowne niż po zdjęciu kamaszy. Ach, co za stare słowo! Kamasze. Tiurniura. Fiszbiny. Równie stare jak dozgonna miłość.
Dozgonna – a po zgonie? Lekko osiada kurz.

– Wróciłam – to Siostra Barbara.
– Dobrze, że jesteś. Głodna?
– Nie, nie. Ale spacer dobrze mi zrobił. Idzie ku wiośnie.
– Coś pomału idzie, zimy nie przeskoczy. Zresztą… lepiej tak właśnie.
– Pomału lepiej?
– Nie sądzisz?
– Może. Powinnam chyba powiedzieć, że tak. Bo co nagle, to po diable.
– A, diabeł. Poznajecie go tam, trochę? Pisałaś o nim jakiś referat?
– Gdyby nie diabeł, może nie byłoby zakonów.
– To nie herezja?
– Nie, jeśli uznasz, że zakon jest przeciw diabłu.
– Wierzę ci. Więc czujecie tam jego ciśnienie?
Siostra Barbara ma twarz skrytą w cieniu. Czy głos drży?
– Maryjko, pamiętasz, jak przychodziłam do ciebie z Romkiem?
– No, przychodziłaś. Siadywałaś z boku.
– Czasem bawiłyśmy się razem.
– Tak było.
– Zawsze miałaś chłopców naokoło.
– Chyba mi nie zazdrościłaś. Byłaś młodsza.
– Nie tobie. To im zazdrościłam. Że się do nich śmiejesz.
Maryjka jest zdziwiona. Chłopcy… ledwie ich pamięta… niewyraźne cienie sprzed lat. Z zeszłego wieku.
– Kochałaś się we mnie? To się zdarza.
– Bardziej niż myślisz.
Maryjka impulsywnie chwyta obie ręce Rozalki… dawnej Rozalki-Różyczki. To przecież te same ręce? czy inne?
– Odmładzasz mnie. Kiedy to było? W której klasie?
Siostra Barbara nie cofa rąk. Jest poważna, skupiona.
– Zaraz jesienią po moim przyjściu do szkoły. Chyba była wywiadówka, w listopadzie. Trochę padał śnieg.
Maryjka oczywiście niczego sobie nie przypomina. Musiała być już w klasie maturalnej. Życie było tak nieskomplikowane, że dla pamięci nie zostawiło pokarmu.
– I…?
– Obydwie czekałyśmy na nasze matki, ale wywiadówki się przedłużały. Musiałam już iść do domu, a ty postanowiłaś, że mnie odprowadzisz. Młodszą siostrę Romka. Byłam ci wdzięczna za opiekę.
Ciepło krąży między dłońmi kobiet. Dobrze jest czuć drugą istotę. I nie psa czy kota. Maryjka nic nie mówi. Czeka.
– Szłyśmy ulicą ze starymi latarniami. Śnieg powoli opadał. Miałaś płaszcz lodenowy w kolorze marengo. Z takimi jasnymi płomykami, coś jak gronostaje. Odprowadzała mnie księżniczka.
– Rzeczywiście, miałam tak płaszcz, tato mi kupił na zimę przed maturą.
– I byłaś taka mądra… i dobra dla mnie.
– Nie żartuj.
– Zakochałam się.
– Pensjonarskie zakochania.
Rozalka jest jednak poważna. Spowiada się. Więc widać, że stara się być dokładna.
– Nie wiem, gdzie się kończy pensjonarka, a zaczyna kobieta ze swymi uczuciami. Miałam piętnaście lat, więc pensjonarka. Nie wiedziałam nic o płci. A jednak to trwało cały rok po twoim odejściu na studia. Nie zwracałam uwagi na innych ludzi.
Maryjka jest zdumiona tym, że obok niej działy się takie nieopowiedziane światy. Uczucia, po których stąpała bosą nogą, nie czując kolców. A przecież woń płatków róży musiała trącać jej nozdrza?
Głaszcze ramię siedzącej obok kobiety.
– Wiesz? Dla mnie twoje wyznanie przychodzi w samą porę. Wtedy ty potrzebowałaś serdeczności, a dzisiaj ja jestem tą ubogą krewną.
– Jednak nie przyjechałam tu, żeby ciebie wesprzeć.
– Więc dlaczego, siostro?
– Przyznam, to był impuls. Jak wtedy, w listopadzie. Widzisz, uczucie do ciebie miało pozostać jedynym na cale licealne, a potem zakonne życie. Jestem naprawdę uboga.
– A jeśli wyjedziesz na drugą półkulę…
– Jeśli, czy raczej gdy wyjadę… właśnie tego nie wiem. Przyjechałam… może tu się dowiem.
Maryjka nie chciała mnożyć pytań. Czuła, że nie o pytania i odpowiedzi rzecz idzie. Nie o definicje czy diagnozy. Nawet meble w izbie gdzieś odpływały, w inną realność. Więc tylko przygarnęła Rozalkę, objęła ramieniem. Niespiesznie, pomyślała, niespiesznie.
– Może chciałam zobaczyć, jak żyjesz teraz, kobieta osamotniona. – Siostra Barbara odwróciła się i spojrzała Maryjce w oczy. – Może chciałam zatryumfować. Powiedzieć ci: tak to jest, czujesz?
Dlaczego Maryjce przychodzi na myśl tomik nowel Hemingwaya? Sytuacje dramatyczne, a nieskomplikowane. Tak, mówimy do siebie hemingwejem. A pod spodem… gęsto od tajemnic. Sztych łopatą w głąb: Conrad. Sztych w głąb: Karen Blixen. Jeszcze jedna warstwa: Dostojewski.
Ale mówimy hemingwejem.
– Cieszę się, że jesteś ze mną. To… wyróżnienie, prawda?
– Ja bym to nazwała przymusem. Ale też mi dobrze z tobą. I wreszcie ci opowiedziałam.
– Wyjedziesz lżejsza.
– Tego nie wiem, i nie po to odkopuję dawne uczucia. Chyba…
Siostra Barbara urwała, ale Maryjka nie podjęła wątku. W ciszy mieszał się czas, dawny i nadchodzący. Podniecające zawirowanie. Lekki ból upłynionych lat.
– …chyba potrzebuję gdzieś zawiesić pętlę, pociągnąć nić za sobą tam, gdzie mnie wysyłają. Tylko ty możesz być tym… gwoździem. Dla mojej pętli.
– Wykorzystaj mnie. – To była reakcja bezrefleksyjna, śmiała. – Jeśli potrzebujesz. Ale, przepraszam, a rodzina, klasztor?
– Boję się, że te gwoździe nie dla mojej nici. Mogą być za słabe. Powiedz raczej: a wiara? Ale Boga oglądasz w człowieku, nie na obłokach. Gdyby nie ty, nie dostrzegłabym Boga. Minęłabym.
– Zaskakujesz mnie. Nie jestem taka ważna.
– Teraz mówisz głupio. Byłaś ważna dla męża, prawda?
– Chyba tak. Na pewno.
– I dla swoich rodziców.
– Dla nich, też.
– I dla mnie. To, że nie wiedziałaś, niczego nie zmienia. W jakimś sensie stworzyłaś mnie. A ja teraz cię tym obciążam. Wbijam gwóźdź.
Maryjkę przeszedł dreszcz. Musiała. Musiała wstać, zrobić jeszcze jedną herbatę. Naprawdę nie była ważna. Więc może Różyczka się myli? Może wbija gwóźdź w próchno? W ciało starzejącej się, zwolna, ale wyraźnie, bibliotekarki?
– Będziesz do mnie pisała? – Maryjka uświadamia sobie, że z nikim nie koresponduje regularnie. Nie wie już, jak się pisze listy. Wszystko się zmieniło. Ale może wrócić do tych zachowań, do czasu dziadków, rodziców, gdy w biurkach równo ułożone w pudełkach po cygarach tkwiła liryczna proza życia: listy, przewiązywane różnobarwnymi wstążkami. A na biurkach: pióra, kałamarze… kto wie, może to jest sposób na kojenie duszy? – A ja będę co miesiąc wypatrywała listonosza, niestarego pana z wąsem i torbą zawsze za ciężką.
– Może i tak. List jest ważniejszy od wiadomości z komputera. Używasz Internetu?
– W pracy, tak, muszę. Jesteśmy pokoleniem pogranicza. Ostatni Mohikanie książki, papierowego dokumentu, podpisu blaknącego osiemdziesiąt lat, jak my sami. Ale może ty patrzysz na to inaczej?
– Zabawne, Internet wydaje się niematerialny. Mówi się: wirtualna rzeczywistość. Więc powinno to być dla mnie normalne: cała rzeczywistość jest wirtualna – wobec Stwórcy. Ta niefrasobliwość zabijania na ekranie. Ta łatwość obnażania się… bez docierania do rdzenia, bo go nie ma. Nie, Internet wydaje mi się parodią świata. Coś jak ocieplanie się klimatu, po którym nie zostanie ani skrawka suchego lądu. Cichy potop.
Maryjka słuchała głosu odzyskanej przyjaciółki, ze zdumieniem odkrywając możliwość współmyślenia. Kiedy ją utraciła? Na ile współżycie z mężczyzną, z mężem, zatarło ten głód? Jak bardzo odmienna była ta rozmowa od innych, które zdarzały się pod tym dachem? Przyjdzie czas na te rozważania.
Tymczasem powiedziała:
– Wchodzę w Internet jak w noc, inaczej niż w książkę. Nie wiem, co do mnie wypłynie. Inna sprawa, że nie muszą to zaraz być potwory. Ale jakbym wołała do ogromnej masy ludzi. Mrowisko. Tysiące robotnic, trochę policji. Idioci z geniuszami pospołu. Ach, co tam…
– Dla Kościoła to prawdziwe wyzwanie. Jak utrzymać wiarę młodych. Dotychczas wszystko polegało na autorytecie i ograniczeniach, a dziś… a jutro…
Meble zdawały się przeszkadzać. Maryjka poprowadziła Siostrę Barbarę do kozetki. Usiadły, Maryjka otoczyła odzyskaną przyjaciółkę ramieniem. Tak było lepiej.
– Nie rozmyślam o tym, co będzie jutro. Ty to robisz? Wy to robicie? Po co? To chyba niezgodne z nauką o Opatrzności Bożej. – I zaraz się zreflektowała. – Ale ja się na tym nie znam.
– Bo na Opatrzności nie można się znać. I wiesz, gdy Kościół podtrzymuje Światło, czyni dobrze. Ale czasem próbuje stać się Inżynierem. Planować. Znasz te słowa: „oddajcie cesarzowi, co cesarskie”. Może znaczą właśnie tyle: idź za tymi, co żyją, milczą, a dziś – gdy młodzi – surfują po Internecie. Nie wyklinaj fali z głębin oceanu. Unoś tylko Światło.
Zapadło milczenie.

Następnego dnia Maryjka zaprowadziła Siostrę Barbarę do „swojej” biblioteki szkolnej. Ubiór Rozalki dopiero przy wnikliwszym spojrzeniu zdradzał naturę jej zajęć, więc mogła przez godzinę, siedząc na uboczu, przyglądać się pracy wczoraj odzyskanej przyjaciółki. Potem wyszła pospacerować. Umówiły się na obiad w jedynej restauracyjce przy rynku.
Maryjka tego dnia, o świcie, uprzytomniła sobie, jak bardzo jest poruszona przyjazdem Różyczki. Obudziła się przed szóstą rano, gdy pierwszy brzask dopiero kreślił smugę na niebie. I już nie zasnęła. Jej myśli, puszczone swobodnie, to kręciły się wokół wyobrażeń zakonnego życia (o którym nic prawie nie wiedziała), to znów wybiegały w niewiadomą przyszłość Matki Przełożonej. Przełożonej – nad kim? Nad iloma kobiecymi istotami, nad jakimi zwierzeniami, dramatami? Przełożonej nad snem i czuwaniem, a też nad pochówkiem sióstr. Tylko nie nad sumieniami, chyba?
Tego Maryjka nie była pewna. I kto wie, czy nie ta niepewność właśnie nie była przyczyną istnienia jeszcze wąskiej, ale wyraźnej szczeliny między nią a Siostrą Barbarą.
A gdyby – jakoś – zatrzymać tu, we własnym domu, tę nieznaną kobietę? Niewinny egoizm tych rojeń rozśmieszył Maryjkę. Nawet zachichotała cicho, by nie zbudzić gościa.
A potem był dzień, szkoła, codzienne gesty. Wreszcie: godzina wpół do trzeciej. Koniec pracy.

Wiara nie odgrywała w życiu Maryjki szczególnej roli. Była jak słabo dobiegający szum potoku. Sączył się ten potok w wiadomej geografii, słyszalny wtedy, gdy inne hałasy nie dominowały. Z księdzem proboszczem żyła w pogodnym sąsiedztwie, nieoddzielona płotem, ale wiedząca, gdzie przebiega miedza. Uchwycona w regułę pracy, małżeństwa, na koniec miasteczkowej społeczności – zapewniała sobie (swojemu zbawieniu?) mimowiednie tysiące dobrych, drobnych uczynków. „Trudniej dzień dobrze przeżyć niż napisać księgę” – to zdanie wydawało jej się dziwne. Dni skraplały się, krople wsiąkały w ziemię.

Idąc przez rynek, Maryjka ujrzała Różyczkę, wychodząca z domu towarowego „Hermes”, paskudnej budowli z lat sześćdziesiątych, jednopiętrowego pudełka, do którego trzeba było wchodzić po dwunastu stopniach, jak do jakiejś świątyni. Przy oblodzeniu bywało to nawet niebezpieczne. Ohyda.
Zobaczyły się niemal równocześnie i przesłały sobie uśmiechy. Maryjka nawet zmachała ręką. „Jak dwoje kochanków”, pomyślała.
– Zrobiłaś zakupy? Chyba nie na obiad? – zapytała Siostrę Barbarę. Zresztą akurat Siostrę Skrytą, bo Róża miała na sobie „cywilny” ubiór, tylko powściągliwym krojem i barwą nasuwający skojarzenie z zakonem.
– Nic nie kupuję. Spaceruję między ludźmi. Nie znam nikogo, więc mogę patrzeć, jak się przesuwają przede mną niepojęte historie. Jakbym oglądała pojedynczą, banalną klatkę filmu fabularnego. Nie mam pojęcia, czy akurat spoglądam na konstruktora modeli latających, czy na domowego tyrana. A może na obu równocześnie?
– No tak, chciałoby się to wiedzieć. U nas zna się wielu mijanych ludzi, przynajmniej powierzchownie. Zresztą akurat ja się bronię przed nadmiarem wiedzy, to krępujące. Nie mogłabym być księdzem. Nosić w sobie te szuflady z kartkami do spowiedzi.
– Mówił mi pewien ksiądz, że to sprawa rutyny. Nie zatrzymuje się w głowie tych „kartek” na długo. Szybko zabrakłoby miejsca.
Maryjka pomyślała, że jej to nie grozi, nie będzie księdzem. Dlaczego jednak nie została choćby zakonnicą? Czy to sprawa temperamentu? Jakoś nie wydaje się, szczególnie teraz, po latach.
Dochodziły już do domu. Wyjęła klucze, otworzyła drzwi ganku, położyła torby z zakupami. Wpuściła Różę do sieni.

Kończyły obiad. Przez ostatnią godzinę prawie nie rozmawiały. Ale ta cisza też była wzajem wysyłaną informacją. Jeśli można z kimś pomilczeć, to dobrze.
Wypiły szybko kawę z malutkich filiżanek i poszły odpocząć, każda do swego pokoju. Siostra Barbara – coś czytać, Maryjka – zdrzemnąć się. Zasypiając, słyszała głosy przechodniów, odległe skrzypienie łóżka w pokoju gościnnym.

Gdy się przebudziła, zobaczyła Rozalię w fotelu, ubraną, gotową do wyjścia. Maryjka odwykła od stosowania rytmu dnia do potrzeb drugiej osoby. A już na pewno prawie obcej kobiety. Jednak nie przeszkadzał jej ten stan rzeczy. Nie weszła jeszcze w stan rozleniwienia, który każdą odmianę nakazuje traktować podejrzliwie.
– Już się zbieram. Jaka pogoda?
– Ciepło, nie będzie deszczu. Dokąd idziemy?
– Wczoraj byłaś w kościele, to dzisiaj kawiarnia. Tyle że pójdziemy naokoło. Masz dobre buty? A, widzę, wygodne. Ja założę też takie mocniejsze.
– Kawiarnia… czekaj, była w rynku, obok sklepu mięsnego. Taka bardzo gruba właścicielka?
– Nie ma mięsnego, nie ma tej kawiarni. A ta gruba pani była mamą Tomka i Rafała. Młodszego musisz pamiętać.
– Jak przez mgłę. Co z nimi?
– Obydwaj wyjechali, ale Tomek zostawił tutaj swoją żonę. Byłą żonę, z córką. I ta żona właśnie prowadzi teraz kawiarnię, zupełnie gdzie indziej, w ładnym miejscu. A córka Tomka pracuje w Tarnowie, zdaje się, że ma tam rodzinę, nie wiem.
– A Rafał nie był z twojej klasy? To nie ten, co miał być wyrzucony, bo się upił w szkole? Pisał do ciebie listy, zdaje się.
– Skąd wiesz?
– Prawdę mówiąc, zostawiłaś jeden w atlasie historycznym, a ja czekałam na ciebie i z nudów zaczęłam ten atlas… no i przeczytałam. Nawet mi się podobał.
– Nic mi nie mówiłaś.
– Cóż, sama wtedy pisywałam do ciebie. Ale żadnego listu nie wysłałam. Nie dałam ci.
– I co, masz jeszcze któryś? Bardzo bym lubiła dostać prawdziwy list. Nawet sprzed tylu lat.
Rozalka odwróciła się, wyszła do sieni. Już z głębi mroku doszły Maryjkę niewyraźne słowa.
– Mam wszystkie. – I odgłos otwieranych, potem zamkniętych drzwi sieni.
Maryjka prawie biegiem skończyła ubieranie się, wyszła za Różyczką, stojącą w przedwieczornym świetle na niemal pustym chodniku. Nie mogła uwierzyć, że właśnie usłyszała wyznanie. Wzięła Różyczkę pod ramię, a ta pozwoliła się poprowadzić, jak w letargu, cichą ulicą.
Szły, poruszone gdzieś w głębi, każda inaczej, ale każda słysząc w tej drugiej trzepot motylich skrzydeł. Maryjce mijane domki wydały się nagle jakąś scenografią. A ona stoi na scenie. I nie ma już budki suflera, a tekstu ani na lekarstwo. Więc milczała, trzymając tylko ramię Rozalki dłonią, a ciepło idącej obok kobiety prześwietlało tę dłoń, docierało do drgającej w marszu piersi.
Ulica kończyła się na poprzecznej, węższej. Maryjka zatrzymała się.
– Masz te listy tutaj, z sobą?
– Nie, nie, daj spokój. Zapomnijmy o tym.
– Więc masz je czy nie?
– Nie tutaj, na dnie walizki w klasztorze.
– Ktoś je czytał?
– Dawno temu, matka przełożona.
– I co powiedziała?
– Że są niewinne. – Różyczka powiedziała to smętnie, przepraszająco. – Słuchaj, ale ty… jesteś zadowolona?
Maryjka jednak nie usłyszała pytania, a raczej ułowiła je na mały haczyk i pozostawiła tam, lekko pulsujące.
– A ty zostań tu, z nami.
– Co bym robiła?
– Nie myślałaś o założeniu nowego zakonu? Czy to trudne? Może takiego, w którym potrzeba małego miasteczka, wspomnień, bibliotekarki…
– Zakon Sióstr Pamiętających o Małych Miasteczkach. Cóż, wiele zgromadzeń jest w takich miasteczkach, po wsiach.
– Akurat u nas nie ma. To taka Ameryka dosyć Południowa. Kraj po wierzchu chrześcijański, w środku pogański.
– Wiesz, ile tysięcy lat trwało pogaństwo? A Kościół tu od ilu pokoleń? Trzydziestu? W Krakowie od czterdziestu?
– No widzisz, tyle do zrobienia. U nas się odprawia czary nad samochodem, nad biurem z komputerami. A wszyscy święci popatrują z niebiosów i obstawiają, kto jutro zgrzeszy. To jak, zostaniesz?
– Nie kuś, szatanie. Gdzie przeczytałaś, kto ci powiedział, że to największa pokusa? Pokusa bycia przewodniczką do nieba. Wiele z naszych sióstr, wielu braci jej uległo. – Różyczka zaróżowiła się od emocji. – Dokąd prowadzi ta droga?
Maryjka nie była pewna, czy pytanie dotyczy ulicy, czy jej egoistycznych podszeptów. Wybrała bezpieczniejszą wersję.
– Idziemy tym skrótem, koło szkoły, potem na wzgórze. Zobaczymy drugą stronę.
– Druga strona. Kto ją widział?
Maryjka od dawna nie czuła się tak dobrze, tak… bezpiecznie. To ją ośmieliło.
– A jeszcze w szkole… nie miałaś przygód?
– Uczuciowych? Nie, poza zapatrzeniem w ciebie. A erotycznych? No cóż, tylko jako widz, i to przypadkowy.
Szły chwile w milczeniu. Różyczka westchnęła. Maryjka wstrzymywała oddech. Wiedziała już, że popłynie wyznanie.
– To było po zajęciach klubowych. Koszykówka, pamiętasz naszą trenerkę?
– No tak.
– Byłam jeszcze w szatni, wycierałam się właśnie, gdy ona weszła pod prysznic. Chyba myślała, że nikogo już nie ma, bo spokojnie się myła. A ja…
– Przyglądałaś się?
– Tak. W szatni był półmrok, wystarczało mi światło z okna nad drzwiami. I wtedy wszedł trener chłopców. Tak po prostu, nagi, do niej. Ona też się wyprostowała, opuściła ręce. Wyglądali jak… z Dürera. Adam i Ewa, ale bez listka. Idealnie.
Opowieść Różyczki nakładała się na wspomnienie. Maryjka i pewien student, latem, pod natryskiem. Czy idealni? Tak, przez miłosne pożądanie. Poczuła coś jak uderzenie kropel z sitka prysznica.
– Namydlili się, omyli wodą, potem… kochali się. A ja, już ubrana, dygotałam z zimna. Miałam dreszcze.
Teraz też lekko drżała. Szły niespiesznie, popołudnie przełamywało się w wieczór. Maryjka pomyślała: tak wiele spraw mi umyka. I zapytała:
– Kiedy patrzyłaś… czy to było… ładne?
– Już teraz nie wiem. Tyle razy miałam ten obraz w oczach, że nie mogę oddzielić pierwszego doznania od późniejszych myśli. Ale pamiętam, że jakoś im współczułam. Że są tak blisko, i tylko przez ukradzioną chwilę. A może dodałam to później? Współczucie.
– Piękna historia, chociaż podejrzana. To znaczy: podglądana.
– Dlaczego powiedziałaś, że piękna? Kilka prostych zdań. – Różyczka wyglądała na zdziwioną. – To nie „Romeo i Julia”.
Maryjka zastanowiła się. Różyczka ma rację. Skąd jej przyszło do głowy tak ocenić relację przyjaciółki?
– Nie wiem. Może te twoje dreszcze… taki oszczędny komentarz… pozwala na pracę wyobraźni. A może po prostu uspokajająca higiena zdarzenia. Nauczyciele wychowania fizycznego, w sytuacji fizycznej, i jeszcze umyci, pod prysznicem.
Obydwie równocześnie dostrzegły, jak odmienny jest ich ogląd sytuacji, i nie dlatego, że Maryjka tylko słuchała opowieści, a Różyczka wspominała ekscytację sprzed lat. Tak właśnie rozbiegają się kolorowe kule po suknie bilardowego stołu. To Różyczka podjęła wątek.
– Mnie się to wszystko wydawało takie… bezcelowe. Bez przyszłości. Woda miała spłynąć, oni wytrą wilgoć ręcznikami, wyjdą przez różne drzwi, do odległych domów.
– Nawet jeśli bezcelowe, to nie bezprzyczynne. Czy jest tak, że Bóg oferuje cele, a Diabeł wkręca przyczyny? Piasek przyczyn w tryby telelogii? Więc to tak jest? Zakonnice żyją celem ostatecznym, a my, zwykłe kobiety, żądzami?
– Nie, nie, Maryjko, nie upraszczaj. Robisz takie subtelne rożki z różą. Tak dobrze się z tobą rozmawia. Kochałaś męża. Może kochasz go jeszcze. W miłości przecież patrzysz na cel, nie na przyczynę.
Maryjka musiała to przemyśleć. Może przeczekać? Rozmowa biegła zbyt szybko, jak na to niewielkie miasteczko. To tak, jakby pędziły przez nie bolidem, domy zleją się wtedy w jedną smugę, i już po miasteczku. Szkoda. Tyle tu miłych uliczek, a w każdej Przyczyna. Czyha. A może: wabi? Przyczajona przyczyna.
Domy rozrzedzały się, nad chodnikiem zwisały gałęzie krzewów. Liśćmi szeleścił powiew. Nie było widać żadnego domu, przed nimi chodnik przechodził w ścieżkę, która wkraczała między drzewa, ku szczerbatym ruinom zameczku sprzed sześciuset lat. Dużo to? pomyślała Maryjka. Dziesięć-jedenaście razy moje życie. Chwila.
– Tędy do kawiarni?
– Nie, musimy zawrócić. Albo wiesz, przejdźmy górą, zdobędziemy właściwy pogląd. Na moje miasteczko. No i twoje, przecież.
Szły, powstrzymując się teraz od rozmowy, bo ścieżka pięła się dość stromo. Z jakiegoś drzewa przyglądał im się ptak, gdzieś z oddali inny go zawołał. Czasem zaszeleściła… mysz? jaszczurka? Trzaskały gałązki pod stopą.
Ruiny były na szczęście posprzątane po letnim wysypie turystów. Wiatr był tu mocniejszy, ale można było znaleźć miejsce w załomku kamiennych murów, ciche. Tyle że właśnie tu, na ławce, ktoś siedział. Mężczyzna; obok niego leżał mały, wysłużony plecak. Nad głową siedzącego, na murze z niewiadomego wieku namalowany był znak szlaku turystycznego.
Maryjka, idąca z przodu, wzdrygnęła się w pierwszej chwili, Rozalka wsparła się na niej lekko, zatrzymując się.
– Dzień dobry – powiedział mężczyzna. Odpowiedziały mu nieskładnym chórem i omijając poszły dalej, wokół ruin. Maryjka pomyślała: a jeśli to kolega z klasy, jeszcze jedna istota z przeszłości, jakoś-tam wspólnej? Może szuka wspomnień?
Z drugiej strony dawnego zameczku widok się odmieniał. Tu dolina była szersza, w oddali rynek i wieża kościoła.
– Tak sobie myślę, że gdy tu siedział jakiś rycerz, na zamku, jakiś Zbyszko z Bogdańca, to musiał czuć się ważniejszy od tych wszystkich tam w dole. – powiedziała.
– To zabawne – rzekła siostra Barbara – bo ja właśnie pomyślałam, że to mogłoby być opactwo, a wtedy taki opat-feudał byłby dopiero ważny. Wysoko nad ludźmi, a także bliżej nieba. Okropne.
Rozśmieszyła je ta wspólna droga myśli, jak wspólna ścieżka pod górę. Zaczęły schodzić; Maryjka w stromym miejscu impulsywnie chwyciła Rozalkę za rękę. Potem jeszcze chwilę nie puszczała. Siostrzany gest.
Może on właśnie spowodował wyznanie Różyczki.
– Budzę się czasem przed świtem, drżę i płaczę. – A gdy Maryjka tylko lekko, na chwilę ścisnęła jej dłoń, popłynęły słowa. – Drżę z lęku, że ominęło mnie tak wiele. Że pewnie umrę jeszcze tego samego dnia. Albo następnej nocy, we śnie. I nikt nie zapłacze ani moimi łzami, ani swoimi. Że tak ot…
To było ponad siły. Wróciły wspomnienia męża, dawnych, zdyszanych lat. Maryjka, sama wewnętrznie łkając, zatrzymała się i wzięła Rozalkę w objęcia. Przycisnęła ją, nienawykłą do zbliżeń, ale wtulającą się w tę jesień, w pierwszą pensjonarską miłość, w cichy dramat dni.
Znała, jak każdy, podobne godziny. Kogo skarżyć o nie? Żaden kodeks nie wskazywał, kto jest winny trwogi.
– Tak, wiem. – I powtórzyła: – Tak, wiem. – A po chwili:
– Dobrze, a Bóg?
Czy to był szloch, czy gest bezradności?
– Bóg? To jakbyś smarowała masłem ostrze noża. Nie, jakbyś lała miód na ostrze. Odnajdujesz jedno i drugie. Słodycz. I ostrze.
– I twoje gardło. – dopowiedziała Maryjka. Ona sama, po takim przedporanku, jaki opisała Różyczka, znajdowała pocieszenie w biegu dnia, w zespole nauczycieli. Lepszych, gorszych, ale nie nazbyt rywalizujących z sobą. Bo i o co? O nagrodę kuratora?
Człowiek się odradza w gestach współpracy, a jeszcze bardziej, głębiej, w przejawach zaskakującej, bezinteresownej przyjaźni, wsparcia doznawanego w nieoczekiwanych momentach. Nie w tych rytualnych, na przykład po śmierci męża, ale w innych, naprawdę niespodziewanych.
Marzyła się Maryjce wspólnota garści przyjaciół, zamieszkujących obok siebie, jakiś mityczny wiejski ród, anachroniczna komuna, gmina wyznaniowa.
Ale jakie wyznanie? Ba, tu był kłopot. Bez rytuału, obowiązków, kar… nie, to raczej niemożliwe.
Droga wiodła wśród buków, rosły niezbyt gęsto, ale gdy patrzyła w głąb, zapełniały obraz. Niektóre połyskiwały sino, z chlapniętym szczodrze fioletem. Jak przemyślne muszą być ich korzenie, skoro metr pod stopą już stawia opór skała! Wiotkich jesionów, zasiewanych przez wiatr, nie było dużo. Resztki maliniaka czy krzewu jeżyny, najlepszej na sok domowy.
Z dołu podchodziło trzech mężczyzn. Nie zachowywali się głośno, ale gdy się zbliżyli, widać było, że są nietrzeźwi. Jeden właśnie odrzucił w zarośla pustą butelkę, brzęknęło tłuczone o skałę szkło. Maryjka przysunęła się bliżej do swej towarzyszki, chcąc nadciągającym ułatwić przejście. Nie zdało się to na wiele.
– Hej, patrzcie, co tu mamy – powiedział ten, który był najbliżej, i zatrzymał się o metr przed kobietami. – Mamy fart.
Pozostali dwaj farciarze chwiali się po dwu stronach ścieżki, co zmusiło kobiety do zatrzymania się.
– Przepraszamy panie, czy daleko do zamku? – zapytał nieco bełkotliwie ten po prawej.
Maryjka spojrzała na siostrę Barbarę, która milczała, spoglądając nieco ponad głowami intruzów. Po krótkiej chwili odpowiedziała.
– Parę minut tą ścieżką.
– A nie zabłądzimy w lesie? Może nam pokażecie drogę? – powiedział ten pośrodku. Trzeci mężczyzna, widocznie chcąc też jakoś zaznaczyć swoją obecność, chwycił za ramię Różyczkę. Ta nie zareagowała żadnym gestem. Maryjka szarpnęła się krok w tył, ale w tym momencie dwaj pozostali mężczyźni stanęli po jej bokach. Wiał obojętny wiatr.
– Chodź z nami. – powiedział ten z lewej – Rozgrzejemy cię. I dla koleżanki się cos znajdzie. – Wsunął Maryjce rękę pod kurtkę, trafił na pierś. Uścisnął, nie bardzo mocno, i zaśmiał się do kumpla. – Łap się za drugą, po co marznąć?
Gdzieś wyżej sypnęły się kamienie; ktoś schodził ścieżką. Kobiety nie odwróciły się, ale mężczyźni spojrzeli ku górze.
– Chodźcie lepiej z nami – powtórzył ten, co trzymał ramię siostry Barbary. – Tutaj ktoś was napadnie – zarechotał.
Teraz, gdy nadchodzący był już blisko, Maryjka obejrzała się. To był ten sam człowiek, którego minęły wcześniej, siedzącego przy ruinach. Czwarty napastnik? Chyba nie, bo zaczął obchodzić całą grupę z prawej strony, z ukosa spoglądając na zastygłą scenę. Zatrzymał się.
Napastnicy puścili swoje ofiary i wahali się, co robić. Zanim ich mózgi zaprogramowały nowe działanie, wędrowiec zorientował się w sytuacji. Powiedział spokojnie.
– Czekały panie na mnie? Już jestem. Schodzimy?
Maryjka bezwiednie skinęła głową. Któryś z mężczyzn powiedział;
– Te, spierdalaj. – ale bez przekonania. Nikt też nie zwrócił na niego uwagi. Maryjka i Różyczka przecisnęły się między tamtymi trzema, których już dosięgała gorycz porażki, i zaczęły schodzić w dół ścieżki. Wędrowiec podążał dwa kroki z tyłu. Oddalali się niespiesznie.
Jeden ze stojących wyżej mężczyzn kopnął kamyk, który trafił w plecak wędrowca, i to wyczerpało ich możliwości agresji. Nikt ze schodzących ani się nie odwrócił, ani nie przyspieszył kroku. Ścieżka się wiła i teraz oddalali się, już oddzieleni pierwszymi pniami drzew. Odwracając nieco głowę, Maryjka powiedziała:
– Dziękujemy. – I po chwili: – To nie było przyjemne.
Ścieżka była na tyle szeroka, że mogli iść obok siebie. Mężczyzna z plecakiem znalazł się między dwiema kobietami. Miał twarz poważną, gdy powiedział:
– Dla mnie i owszem. Dzięki temu nie jestem już sam. – I dodał: – W lesie.
Ale już las się kończył i zaczynało miasteczko. Maryjka się nie wahała.
– Wybieramy się na herbatę. Możemy pana zaprosić, prawda, Różyczko? – Dlaczego nie powiedziałam: siostro Barbaro, przemknęło jej przez głowę.
– Tak, to będzie dobre. – rzekła Rozalka. – Co pan na to? – spojrzała w oczy wędrowca.
Nie od razu odpowiedział, a i potem nie wprost.
– Przyjechałem tu dzisiaj. Panie są stąd?
– Jedna całkiem, druga trochę mniej. Jeśli ma pan czas, pozwolimy panu zgadywać. Po trzy pytania do każdej z nas i poprosimy o wskazanie, która bardziej stąd.
Zbliżali się do rynku. Nieznajomy tym razem uśmiechnął się, choć Maryjka nie umiałaby powiedzieć, czy do nich, czy do swych myśli.
– To sytuacja skądś znana. Przybysz najpierw uwalnia dziewice, a następnie musi odpowiedzieć na kilka pytań.
– Nie, nie, to my będziemy odpowiadały na pańskie pytania. No i… – Maryjka chciała powiedzieć, że nie są dziewicami, ale zorientowała się, że chyba by skłamała. – No i to niewinna zabawa.
– Znają panie zabawy niewinne? – zapytał. Odpowiedziała mu Rozalka, krótko.
– Nie.
– Ale bierzemy winę na siebie – szybko uzupełniła Maryjka. – Tam, po drugiej stronie, jest kawiarnia, zapraszam. – Co ja robię, zreflektowała się, co mną kieruje? Wdzięczność? – Jak panu na imię?
– Jacek. Przepraszam, spojrzę na rozkład autobusów. – Podszedł do przystanku Pekaesu, studiował przez chwilę. Spojrzał na zegarek i jeszcze raz na odrapaną tabliczkę, na której wielu już próbowało swoich sił twórczych.
Maryjka się wystraszyła, że może zaraz będzie miał autobus. Czy naprawdę coś im groziło? Nie będą już tego wiedziały, ale teraz, gdy już zagrożenie minęło, zaczęło jej bardzo zależeć na męskim towarzystwie. Może jednak mnie podniecili, tamci w lesie… pomyślała. A jak to jest z Rozalką? Czy się dowiem?
– Idziemy. – rzekła stanowczo.
– Idziemy – zgodził się. I poszli.

Krzesła były niezbyt wygodne, ale stolik czysty, a chłód przedwieczoru pozostał za drzwiami. Kurtki powiesili na oparciach krzeseł, czekali na zamówioną herbatę z szarlotką.
– No więc, panie Jacku…
– Jacku. – przerwał Maryjce. – Jacku, to normalne na szlaku, a stamtąd wracamy.
– Jacku, ja mam na imię Maria.
– Nie Maria, Maryjka – poprawiła ją milcząca przeważnie przyjaciółka. – A ja Rozalia. Takie ludowe, dawne imię.
– A więc Rozalka? Wasze imiona się dają zdrabniać, moje już jest zdrobnieniem. Jacek, to jak Tomek, Bolek… zdrobnienie, tyle że nie ma „twardej” formy. Jest samo w sobie niepoważne.
Siostra Barbara kręciła głową.
– A Hiacynt? To przecież od niego idzie nasze „Jacek”. Kwiat oznaczający odwagę i roztropność. Świetnie się zgadza z tym, co pan zrobił. Co zrobiłeś – poprawiła się.
– Nie mam takich aspiracji – powiedział. – To zbyt… starożytne. Zgódźmy się na Jacka, ale bez pierogów.
Zgodziły się, bo i herbata z jabłecznikiem została już przyniesiona przez młodziutka kelnerkę.
-No więc która z nas jest bardziej tutejsza? Czekamy, Jacku. – powiedziała Maryjka. – Zbadajmy twoją roztropność.
– Trzy pytania dla każdej to za dużo – powiedział. – Wystarczą po dwa, jeśli powiecie całą prawdę, zgoda?
– Zgoda. – Tym razem odpowiedziały chórem.
– Rozalio, Mario – użył imion „serio” – czy kogoś kochasz?
– Tak – odpowiedziała siostra Barbara. Maryjka zawahała się. Kogo kocha? pamięć męża? dalekie dziecko? – Tak – rzekła.
– Czy to ktoś, kogo możecie tu, teraz doprosić na herbatę z ciastkiem?
– Nie. – Tym razem to Maryjka była szybsza. – Nie – dopowiedziała echem Róża.
Jacek uśmiechnął się. Nic nie mówiąc, zaczął pić, popatrywał przy tym na kobiety, cokolwiek zaskoczone rodzajem pytań.
– Spodziewałam się czegoś prostszego – powiedziała Maryjka. – Przecież nadal nic nie wiesz. Nasze odpowiedzi były identyczne.
– O, nie. Były różne, i bardzo. Chociaż nie wiem, co w istocie mówiły, to zagadka jest wyjaśniona. Ty, Maryjko, jesteś tu stałym mieszkańcem, a Rozalka… nie wiem… przejezdna? Może twoja kuzynka? Ale ponieważ zagadka już rozwiązana, to zadam jeszcze jedno pytanie, poza konkursem: czym się każda z was zajmuje?
Pierwsza odpowiedziała Maryjka:
– Książkami, które mogę czytać, ale nie muszę. Ludźmi, których muszę oglądać, ale nie poznawać.
Siostra Barbara odpowiedziała wolniej:
– Jestem rodzajem feministki, może dziwnym, ale, właśnie, starożytnym. Wiem, że to nie dla ciebie. A teraz powiedz, jak rozwiązałeś zagadkę.
– Wtedy czar pryśnie. A zgodzicie się chyba, że wieczór skłania się ku czarom. Jesiennym. Szkoda, że wkrótce mam autobus.
Wieczór istotnie był niezwykły. Maryjce wyrwały się słowa:
– Musisz jechać? Ktoś na ciebie czeka?
Jacek zaprzeczył gestem, ale nic nie powiedział. Maryjka zawstydziła się swej odwagi, ale ku swemu zdziwieniu usłyszała głos przyjaciółki.
– Maryjka zaprasza cię na kolację. A chociaż się nie boisz, dodam, że ja też tam będę. To… niedaleko. – I zwracając się do szkolnej koleżanki: – Dobrze mówię?
Jacek popatrywał na nią z lekkim, może drwiącym, uśmiechem; nic nie mówił. Milczenie stało się ważkie. Już nieraz Maryjce w takich okolicznościach przychodził z pomocą szkolny cytat. Rzekła:
– Jedźmy, nikt nie woła. – Ale i ta fraza nie spowodowała reakcji nowo poznanego mężczyzny. Rozalka zatem wkroczyła ponownie.
– Ten sernik był świetny. Proponuję, żebyśmy zabrały po kawałku do domu. Ja stawiam! – rzekła z niegasnącą wesołością. – Co mi tam… Nie co dzień ratuje mnie Nieznajomy. A ciebie, mieszkanko tego miasta?
– Pierwszy raz, jeśli nie liczyć kolegi ze studiów. Podczas egzaminu z bibliologii. Jacku, Rozalka ma rację. Jeśli nie jesteś umówiony, nie spiesz się. Pomóż nam wejść w jesień.
Te słowa, niezamierzone w swej symbolice, a tak wyraźnie odwołujące się do wieku kobiet, nadały następującym po nim chwilom powagi. Było to wołanie, któremu trudno odmówić. Jacek już się nie uśmiechał. Tak się złożyło, że mógł położyć dłonie na dłoniach każdej z kobiet. Żadna nie cofnęła swojej, lekko drgnęły pod oczekiwanym ciężarem. Chciały się wyrwać? przytulić?
Ten Nieznajomy wszedł między dwie kobiety miękko, bez wysiłku. I jeśli przez takie złączenie dłoni płynie jakiś prąd, musiał on przebywając drogę od Maryjki do Rozalki drżeć w neuronach Jacka. Lub w jego neurozie. Cóż wiedziały o nim? Nic prawie. Ale nie wydawało się to za mało.
– Zostańmy jeszcze – raczej zadecydował niż poprosił Jacek. – Tu jest dobre miejsce. Czujecie? – Coś przecież czuły, ich zachowanie wyraźnie dawało sygnał. – Ty, Rozalko, jeśli jesteś feministką naprawdę dawną, musisz być trochę wiedźmą, prawda? To były najwcześniejsze feministki. Chyba że… chyba że… – wpatrywał się w nią z uwagą. Zamilkł i dopiero po chwili zsunął dłonie z ich dłoni. Zrobił to powoli, głaszcząc, zatrzymując ciepło wytworzone pomiędzy ciałami.
Nic nie mówiły, nie piły stygnącej herbaty. Jacek lekko kopnął leżący na podłodze plecak. Oparł się plecami o krzesło, odchylił głowę. Jego dłonie spoczywały na udach.

 
Żegiestów

Józef Dietl 1804-1878

Kto raz był w Żegiestowie,
ten tęskni nieustannie za jago ożywczym powietrzem,
za jego czarującym krajobrazem,
za jego zdumiewającymi widokami,
za jego szumiącymi zdrojami,
za jego cichym ustroniem,
w którym się spokój duszy hartuje do zwycięskiej walki z wszelkimi moralnymi i fizycznymi cierpieniami...

Józef Dietl, "Uwagi nad zdrojowiskami krajowymi ze względu
na ich skuteczność, zastosowanie i urządzenie", 1858

Czy wiesz, że…

W Żegiestowie rozpoczynają się cztery piesze szlaki turystyczne: żółty, czarny i niebieski oraz czerwony do Zamku w Starej Lubowni (SK)

Noclegi w Żegiestowie

Szukając miejsca noclegowego na terenie gminy Muszyna, warto zapoznać się z naszą ofertą. Turyści coraz chętniej zaglądają do nas i coraz częściej powracają do Żegiestowa, by spędzić kolejne udane wakacje. Żegiestów oferuje turystom bogatą bazę noclegową.
Copyright © 2017 Żegiestów - oficjalna strona uzdrowiska Żegiestów. Wszelkie prawa zastrzeżone.